Drzewa do wymiany. Tygodnik Powszechny, Joanna Brożek, 25.11.2008 »
Wycinka świerka w Beskidzie Żywieckim jest prowadzona na olbrzymią skalę. Zamiast planowych 78 tysięcy drzew, leśnicy musieli usunąć ponad 200 tys. w 2006 roku. W kolejnym roku piła dosięgła już 300 tysięcy świerków. To cena za błędy sprzed 150 lat.
Nadleśnictwo Wisła. Budynek stoi tu od ponad stu lat. – Spadek po babce Austrii – śmieje się inż. Andrzej Klimek, leśniczy. Gęsta kręcona broda, kościste dłonie mocno trzymają kierownicę. Terenówka pnie się beskidzkimi serpentynami. Po lewej zalew w Czarnym, po prawej, nieco ku górze, mur odrestaurowanego Zameczku. Jeszcze kilka miesięcy temu dawna rezydencja Mościckiego kryła się za gęstym lasem. Teraz kłuje w oczy.
Za ogrodzeniem ekipa w pomarańczowych kamizelkach. – Wynajęli prywatną firmę do wycinki drzew i wywózki – rzuca Klimek. Droga na Stecówkę od Czarnego zalana asfaltem. Na szczycie niby nic się nie zmieniło. Drewniane Sanktuarium z Matką Bożą Fatimską, schronisko i gościnne gospodarstwo Kukuczków. Niby, ale prześwit jakby większy, wiatr smaga mocniej. Jeszcze w ubiegłym roku miejscowi wygrażali tu pod adresem leśnictwa, na ucho turystom: – Rabują nam lasy! Ino patrzyć, jak nas tu zdmuchnie!
Jeden turysta nawet na policję zgłaszał, że wycinka nielegalna. Inni zgubili się w lesie, bo nagle szlak zniknął. Awanturowali się w nadleśnictwie. Klimek: – Zmobilizowaliśmy miejscowych proboszczów, mają posłuch, niech z ambon wytłumaczą, że my las ratujemy.
I księża tłumaczyli, rozdawali ulotki. Górale nabrali zaufania, a całkiem uspokoiło się, jak nadleśnictwo zaproponowało im pracę. – Sezonową – tłumaczy Klimek – bo nie wyrabialiśmy z korowaniem drzew. Mobilizacja była natychmiastowa. Kto chciał, dostawał coś w rodzaju łopaty i strącał korę ze ściętego świerka. Trochę to wysiłku, ale zysk całkiem niezły.
Protestowali też ekolodzy. Że rabunek i zbrodnia dla klimatu. Teraz tną z leśnikami, bo nie ma wyjścia. Fundacja Ekologiczna Arka włączyła się na dużą skalę. Zmobilizowali gimnazjalistów z Bielska-Białej. Posadzili siedem tysięcy drzew na Skrzycznem w Szczyrku. W kampanii „Ratujmy Beskidzkie Lasy” w ubiegłym roku pomagali artyści Paweł i Łukasz z Golec uOrkiestra, Piotr Skuch z Kabaretu Długi. Zaangażowało się też kilku polityków, nawet sam marszałek Komorowski.
Przerwać cykl rozwoju
19 listopada 2004 roku. Wtedy zaczęło się na dobre. – Wiatr hulał cały dzień – opowiada Klimek. – Jak przyszła noc, tak zawyło, że wyrwało cały ten las.
Zatacza ręką elipsę wzdłuż szerokiego prześwitu. Klimek, inżynier nadzoru, w leśnictwie pracuje od ponad 20 lat. Takiego pogromu natury przedtem nie widział. 123 hektary powywracanych pni, wystające korzenie. Góra wyłysiała zupełnie, bo wiatrołom dziurę na wylot wybił. Jesienią ekipy porządkowe sprzątały. Nie zdążyli. Metrowa pokrywa śniegu zablokowała akcję. Trzeba było czekać do wiosny. Zanim wkroczyli na pogorzelisko leśnicy, kornik już tu był. Masowo się mnożył. Klimek: – Nie oznacza to, że nie mieliśmy do czynienia z nim wcześniej, ale wtedy po listopadowej nocy przyroda na dobre się zbuntowała. Wobec czego? Klimek: – Wobec planów człowieka. Ponad 150 lat temu rządzili tu Austriacy. Na siłę posiali świerki. Dawały najwyższą produkcję z hektara. Rosły w imponującym tempie. Kwitł obrót drewnem – kupowały huty, kopalnie, producenci mebli i instrumentów.
Sięgające chmur, proste, godne drzewa zmieniły całkowicie beskidzki krajobraz. Region przyciągał turystów. Baranią Górę, Babią Górę przekształcono w rezerwaty. U podnóża gór rozwinęła się 4,5-milionowa aglomeracja. Jak mówią wiślańscy leśnicy, Habsburgowie nieźle to sobie wymyślili: świerk sam się sieje. Jak po zimie stopnieje pokrywa śniegu, na wiosnę wszędzie pełno szczotek, jakby zbożem wysiało. W latach 80. zajmował 90 proc. powierzchni gór. Teraz habsburski świerk to staruszek, w dodatku pod obstrzałem kornika, i to w najgroźniejszej postaci – drukarza. Czarny owad wielkości główki od zapałki potrafi w ciągu sezonu wyprowadzić kilka generacji. Nie straszna mu zima, chowa się pod korą lub w glebie. Ale nie znosi wilgoci. Susza sprzed dwóch lat była dla niego rajem. W błyskawicznym tempie drukarz atakował kolejne drzewa.
Klimek: – Samiec nadlatuje i wygryza od razu komorę godową w kształcie widełek. Ma z reguły trzy samice, które składają jaja w tzw. chodniku macierzystym. Wylęgają się larwy i gryzą łyko. Rosną do przepoczwarzenia. Z jednego świerka wylatuje ich tyle, że 20 drzew w najbliższym kręgu zaraża. W tym trudność, by przerwać cykl rozwoju.
Nabierają się i giną
Wjeżdżając do Ustronia, świerka próżno szukać. W oczy rzuca się nowa gama barw. Jesienią przeważa pastel, odcienie czerwieni, brązu, żółci. Tak wyglądają lasy bukowe z udziałem jodły, jawora i już tylko domieszki świerka. Kilka kilometrów dalej wiślańskie szczyty straszą pustkami.
Ginie las sprzed okien domów. Mieszkańcy kilku gospodarstw, gdzie właśnie wycięto cały pagórek drzew, muszą przyzwyczaić się do zmian. Do niedawna spoglądali tylko na zalesioną Pietraszonkę. Od kilku miesięcy widzą już maszt na Ochodzitej i dachy Koniakowa. A Pietraszonka prawie łysa.
Wycinka świerka w Beskidzie Żywieckim jest prowadzona na olbrzymią skalę. Zamiast planowych 78 tys. drzew, leśnicy musieli usunąć ponad 200 tys. w 2006 roku. Dwanaście miesięcy później piła dosięgła już 300 tys. świerków. – Widzimy nieznaczny spadek, bo do połowy października br. wycięliśmy już „tylko” 220 tys. drzew – tłumaczą w Nadleśnictwie Wisła. Natura broni się sama, rozwijają się grzyby, które pasożytując niszczą kornika. Co miesiąc zbiera się sztab antykryzysowy. Trzeba opracować strategię każdego ruchu, bo kornik atakuje w coraz to nowych partiach gór. Praca musi być lokalizowana, każdy ma swój oddział i zadanie. Trocinkarze tropią żerowiska kornika – jak znajdą larwy, znaczą błękitną linią, nadają numer i wtedy wiadomo, że do sześciu tygodni trzeba ciąć, zanim drukarz się przepoczwarzy. Jeśli się nie uda, ginie setka drzew na jednej działce. Po ścince okorowanie. Płaty kory wystawia się na słońce: albo wypali larwy, albo pomogą ptaki. Gałęzie idą pod ogień. Ale drukarz robi psikusy. – Tego świerka cholernik nie ruszył! – Klimek wskazuje palcem na samotne drzewo. – Zdrowe, to nie wycięliśmy, ale jak to teraz wygląda?!
Kilometr dalej połacie wystających i powywracanych korzeni. Efekt szaleństwa wiatru. Duża część lasu jeszcze stoi, bo na skraju leśnicy ustawili pułapki feromonowe. Na drewnianej tarczy wisi słoik z czerwoną cieczą. Wabi samce zapachem samiczek – wyczuwają go już do dwóch kilometrów. Nabierają się i giną.
Kłopoty z właścicielami
Na drogach w Wiśle coraz ciaśniej. Z Malinki, Czarnego, z Kubalonki przeciskają się ciężarówki z drzewem. Hałas, spaliny. Mosty i drogi ledwo wytrzymują takie natężenie ruchu. Ścięte świerki trafiają do tartaków. Właściciele narzekają, bo lada chwila rynek nasyci się drewnem. Mimo że cena spada. Za kubik drewna tartacznego można było dostać ponad 200 zł rok temu. Teraz ledwo 170 zł. Kryzys światowy też zrobił swoje.
Problemy sypią się jak z rękawa. Gigantyczne świerki wyciągane są z lasu przez traktory. Ciężki sprzęt sieje spustoszenia. Jak spadnie deszcz, a pod kołem poruszy się gleba, do ujęć z wodą spływa błoto. Górale korzystają z ujęć własnych. W Istebnej organizują się nawet całe przysiółki. Stąd prosto do sąsiada na południe płynie Olza spod Gańczorki. – Przez zrywkę kilka razy mętna woda była. Czesi narobili rabanu, bo tuż za granicą mają hodowlę pstrąga – opowiada Klimek. Awantura na najwyższym szczeblu, skargę wysłali do wojewody śląskiego. Chcieli odszkodowań. Teraz już strona polska daje sygnał: Czesi zakładają wtedy filtry i nabierają czystej wody do zbiorników.
Kolejna logistyczna przeszkoda to prywatni właściciele lasów. Państwowe siły mogą tylko prosić i przekonywać: wytnijcie swoje świerki, bo inaczej las nie ma szans. Jak jest opór, sprawa trafia do starosty, czasem i do sądu. Właściciele prywatnych lasów zasłaniają się kosztami: za swoje trzeba wynająć ekipę do cięcia i transport do wywozu, a potem sprzedać, i to szybko. W Beskidach leśnictwo oznaczyło też całe hektary lasów „bezpańskich”. Szukają spadkobierców czasem całymi miesiącami, bo bez ich zgody z piłą wkroczyć nie można. I cisza.
Klimek: – Ostatnio zdecydowaliśmy się na eksperyment. Kornika nie obchodzi, że to las prywatny. Tniemy, a środki ze sprzedaży odkładamy na osobne konto. I piorunem właściciele się znajdują!
Kubalonka. Na szczycie krzyżują się drogi z Koniakowa, Istebnej, ze Stecówki i Wisły. Na niewielkim zboczu stało kiedyś schronisko. Za komuny przenieśli je do centrum Wisły, bo zabytek. Teraz widać tam kłębowisko ciężkiego sprzętu. Koparki mijają się ze zjeżdżającymi z drewnem ciężarówkami. Tyle że usypują tory dla łyżwiarzy. – Wykorzystali sytuację – mówi inżynier nadzoru. – Za kilka miesięcy będą tu zawody!
Świerk musi ustąpić. Tygodnik Powszechny, Joanna Brożek, 25.11.2008 »
Z dr. inż. Kazimierzem Szablą, dyrektorem Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Katowicach, rozmawia Joanna Brożek
Joanna Brożek: Trwa bezpardonowa wycinka lasów w południowej Polsce. Stare porzekadło, że „Beskid Śląski i Żywiecki świerkiem stoi”, musi odejść do lamusa?
Kazimierz Szabla: Z pewnością tak. To powiedzenie zostało ukute w drugiej połowie XIX i początkach XX w. Wtedy Beskidy, tereny właściwie pozbawione lasów, zaczęto zalesiać. Swoje dobra mieli tu Habsburgowie i Tarnowscy. Do połowy XIX w. głównym surowcem energetycznym dla hut szkła i żelaza było drewno. Masowo wycinano tutejszy buk.
Kiedy z czasem drewno zastąpił węgiel, paradoksalnie las nie skorzystał, nie odetchnął. Kopalnie zgłaszały jeszcze większe zapotrzebowanie na drewno. Celem austriackich właścicieli był jak największy zysk z hektara. Zaczęto zalesiać łąki świerkiem. Najszybciej rósł, był świetnym źródłem zysku. Okazało się, że te drzewostany stały się najpiękniejsze w Europie. Znakomicie zaaklimatyzował się tu słynny świerk istebniański. Genetycy nazwali go elitarnym. Dawał nawet półtora tysiąca kubików z hektara.
Masztowe świerki, mające nawet 57 m wysokości, były świetnym materiałem na instrumenty muzyczne, meble. I tak powstało powiedzenie, że Beskid świerkiem stoi. Ale prawa przyrody są na tyle silne, że wszystko skończyło się bankructwem.
Byliście zaskoczeni?
Zdawaliśmy sobie sprawę, że to są mimo wszystko sztuczne zbiorowiska. Do tego doszły emisje przemysłowe. Gleba ulegała degradacji. Tymczasem to podłoże w największym stopniu decyduje o stabilności lasu, ekosystemu. Ostatnia dekada przyniosła na dodatek zmiany klimatyczne: nastały suche, gorące lata. Pojawiły się problemy z wodą. Świerk jest gatunkiem borealnym, lubi chłód i potrzebuje dużo wody. Naturalne lasy świerkowe potrzebują opadów rzędu 1200–1600 mm. Rosną więc na wysokości powyżej 1000 m n.p.m. W reglu dolnym i środkowym, na wysokości 300–900 m, świerk był zawsze domieszką. W sposób naturalny nie tworzył litych drzewostanów gatunkowych. Człowiek ewidentnie zadziałał wbrew naturze.
Ile świerków idzie dzisiaj pod piłę?
Około 1 mln 300 tys. metrów sześciennych rocznie w ciągu ostatnich trzech lat. Liczba ta dotyczy drzew porażonych.
Kornik drukarz jest jedynym winowajcą?
Rzadko jeden czynnik decyduje o rozpadzie ekosystemu. Chyba że są to zjawiska meteorologiczne, np. huragany. Beskidzkie świerki dożywają już swojego wieku. W domieszce, w lasach naturalnych, świerk często żył 250 lat. Jeśli zrobi się z tego monokulturę, to są znikome szanse na tak długi żywot.
Czynniki antropogeniczne, abiotyczne i susza ostatnich lat zadecydowały o dzisiejszej sytuacji. Osłabiony świerk zaatakowała opieńka, skądinąd niezwykle smaczny grzyb, ale agresywny. I zgodnie z powiedzeniem, że na pochyłe drzewa wszystkie kozy skaczą, na świerk rzuciły się owady z grupy korników, m.in. kornik drukarz. Ma piękną nazwę i tworzy piękne żerowiska. Rozwija się w sposób gradacyjny, czyli z jednej pary na końcu okresu wegetacyjnego potrafi wylecieć 200 tys. korników. Lawina rusza.
Przyroda nie jest w stanie sama się obronić?
Gdybyśmy zostawili to przyrodzie, załatwiłaby to w sposób bezwzględny. I stałoby się tak jak w wielu miejscach półkuli północnej, na przykład w Szwecji w latach 70., gdzie sztucznie ukształtowane drzewostany świerkowe po zderzeniu z emisjami przemysłowymi i czynnikami meteorologicznymi zniknęły w ciągu trzech, czterech lat. Podobnie było w Górach Izerskich w latach 80. Wymarły całe hektary świerka. Inny przykład to Szumawa czy miliony hektarów martwego lasu w Kanadzie.
Od czego zwykle się zaczyna?
Zazwyczaj od wiatru. Silny poryw wywraca drzewa na dużej powierzchni. Te ze zredukowanymi przez opieńkę korzeniami są łatwym łupem. Rozwijają się tam kolejne generacje owadów. W ostatnich latach kornik wyprowadził ich aż pięć. Jego liczba wzrasta w postępie geometrycznym, bo jeśli z jednej pary wyleci sto korniczków, to w następnej generacji osiągnie on liczbę kilku tysięcy.
Jak człowiek może nad nimi zapanować?
Walka z kornikiem drukarzem toczy się na wiele sposobów. Wykluczam chemię, bo w polskim leśnictwie to zabronione. Z wyjątkiem wielkich gradacji typu brudnica mniszka. Stosujemy wtedy biologiczne metody walki: rozpylamy w niewielkich dawkach hormony. Działają we wczesnych stadium rozwoju tego owada. Drukarz nie leci na ślepo i nie wgryza się bez celu. Wtedy gatunek by zginął. Zdrowe drzewa są w stanie się obronić. Mają podobnie jak człowiek wykształcony system obronny.
Czyli?
Taki owad zostałby zalany żywicą, substancjami gumowymi itd. Ale inne pasmo zapachowe wydziela drzewo zdrowe, a inne osłabione. Owady lecą z tzw. namiarami. One nie chybiają. Jeśli drzewo zasiedla setka owadów naraz, szybko doprowadza do jego śmierci. Dlatego stosujemy feromony – dwa rodzaje, płciowe i agregacyjne. Samczyk kornika, który wydrążył sobie komorę godową pod korą, wydziela odpowiednie pasmo zapachowe. Wabi samiczki. Osłabione drzewo natomiast zaprasza na żer innym zapachem. My to wykorzystujemy i poprzez sztuczne feromony wyłapujemy je w specjalne pułapki.
Duże połacie lasów beskidzkich to tereny prywatne. Jaki dokładnie obszar jest poza formalną kontrolą Lasów Państwowych?
45 tys. hektarów. Prywatni właściciele nie prowadzą takiej walki, bo wiąże się to ze sporymi kosztami. Poza tym znacznej części tych właścicieli w górach po prostu nie ma. Nie są załatwione sprawy spadków i trudno dojść, kto jest właścicielem danego lasu. Zabiegi ochronne, wycinkę, trzeba przeprowadzić w ciągu tygodnia, bo później owad wyleci i zdąży zaatakować sąsiednie drzewa… W lasach państwowych panujemy nad sytuacją. Rocznie kosztuje nas to ponad 100 mln zł. Co do prywatnych właścicieli, wydaliśmy kilkadziesiąt tysięcy ulotek, apeli, rozmawialiśmy.
Nie można wyjść z założenia, że siła wyższa i dobro natury są nadrzędne, i wkraczać na tereny prywatne?
Myśleliśmy już nad takim rozwiązaniem, ale prawnie okazało się to zbyt skomplikowane. Nie mamy czasu na dokładne przygotowanie jak w przypadku inwestycji. Trzeba działać niemal natychmiast. Dochodzi jeszcze problem zbytu i wywozu drewna. W Beskidach jest 15–20 mln metrów sześciennych drewna świerkowego. To jest olbrzymi problem logistyczny. Pracuje nad nim blisko cztery tysiące ludzi w najbardziej zapalnym okresie. Niestety, jednym z ograniczeń dzisiejszej akcji jest zmęczenie ludzkie. Nasi leśnicy pracują po kilkanaście godzin dziennie przez dziewięć miesięcy w roku. W jednym leśnictwie trzeba wyciąć 60 tys. metrów sześciennych drzewa zasiedlonego. Jeden człowiek może oznaczyć jedno drzewo w ciągu 4–5 minut. Jeśli mamy ich 800 tys., to ilu ludzi potrzeba? W opanowaniu sytuacji pomogła nam pogoda. Nawet jeśli tempo pracy byłoby szybsze, to i tak tego nie opanujemy, bo jest jedna droga dolinowa i więcej samochodów na dobę się nie przepuści. Nie wytrzyma tego też infrastruktura: drogi, mosty.
Co się dzieje z nadwyżką drewna?
Z tym mamy problem, bo nie ma go gdzie złożyć. Drzewo ucięte, nawet jeśli zostało okorowane w stosownym czasie, ulega deprecjacji i po miesiącu jego wartość maleje, nie ma tych cech użytkowych co świeże. Pojawiają się grzyby. Z tego powodu ponosimy straty. Jest osłona naukowa naszych działań, z Instytutu Badawczego Leśnictwa i Wydziałów Państwowych Uniwersytetów Rolniczych. Naukowcy recenzują to, co robimy, i wychwytują niedoskonałości w systemie organizacyjnym.
Na naszych oczach zmienia się krajobraz Beskidów. W Andrychowie, Ustroniu w większości lasy są już przebudowane. Na czym polega ten proces i jak wpłynie na przyszły ekosystem?
W reglu dolnym i środkowym głównym gatunkiem lasotwórczym powinna być jodła i buk. Świerk powinien dominować w reglu górnym, na wysokości 1000 m.
Musimy dostosować skład gatunkowy do tego, jaki według naszej wiedzy dzisiaj powinien być. Kierujemy się wilgotnością gleby, opadami. Zasady i proporcje ciągle się zmieniają. Przebudowujemy około 1000 ha rocznie. Trzeba poczekać ok. 20–40 lat, zanim wyrosną posadzone przez nas drzewa. Tyle też trzeba by utrzymać tego świerka. Ale nie da się, już to wiemy. Pytają nas, dlaczego nie przystąpiliśmy do przebudowy 50 lat temu? Bo zamierały drzewostany wokół Katowic. Wysiłki leśników skierowaliśmy na ich przebudowę. Żeby wokół miasta nie było pustyni ekologicznej. To się udało. Dzisiaj szyby kopalń toną w zieleni. Śląsk nie jest czarny, serce ma zielone.
W Beskidach też jest szereg ograniczeń. Jak wyrąb obejmował więcej niż hektar, to budowano tam ośrodki wypoczynkowe i natychmiast tworzono strefy ochronne. I teraz bańka pękła. Nikt nie zakładał, że nastąpią takie szybkie zmiany klimatyczne. Zabrakło nam 20 lat, żeby zdążyć przebudować wszystko.
W odróżnieniu od upraw rolnych kształtujemy las, nie wiedząc, w jakich warunkach będzie on rósł za sto lat. Mówimy o perspektywie 100–150 lat.
Przebudowując teraz las, możemy doprowadzić do katastrofy za następnych sto lat?
Możemy. Nie będą to te same „austriackie” błędy. Nie miejsce tu na obwinianie Habsburgów, nie oni są wszystkiemu winni. Taka wówczas była wiedza i ze skutków, które odczuwamy dzisiaj, mało kto zdawał sobie sprawę. Leśnictwo tak naprawdę narodziło się w XIX w. Wcześniej las użytkowano, aż się skończył. Anglia tak właśnie została pozbawiona lasów. Tamtejsze lasy wyginęły i zapłaciły cenę za kolonizację świata, bo drewna używano głównie jako materiału budulcowego. Francja, Holandia, Belgia zostały w znacznym stopniu pozbawione lasów w XVI w. Polska wtedy nie miała tych kłopotów. Najnowsze problemy, takie jak procesy zamierania świerka w Europie, dotyczą Lasu Bawarskiego, podobnie ukształtowanego jak lasy Beskidu Śląskiego i Żywieckiego. Bawaria to obszar około 20 tys. hektarów martwego lasu w ciągu niespełna dwóch lat! Tamtejszy las stanowił jeden zwarty kompleks, bez budynków mieszkalnych. Przekształcono go na park narodowy i oddano przyrodzie. Sama więc natura będzie prowadziła procesy restytucji lasu. W naszych górach zamknięcie lasu jest wykluczone. Trzeba by zamknąć szlaki turystyczne, bo wejście do chorego lasu stwarzałoby zagrożenie dla życia. Spróchniałe drzewa przy niewielkim podmuchu wiatru mogłyby być przyczyną tragedii.
A co z rezerwatami? Tam przecież też nie wolno wam ciąć.
Cała Barania Góra, skąd wypływa Wisła, porośnięta świerczynami, i to rodzimymi, jest objęta ochroną. Do miejsc chronionych nie mamy prawa wchodzić. A kornik nie zna granic rezerwatów. Dostawaliśmy zgody, ale początkowo napotykaliśmy na opór naukowców i ekologów. Nasze działania bulwersują, irytują. Oskarża się nas o politykę rabunkową, o chęć zysku. Walczymy, ale natura sama świerka odrzuca. To tak jak z człowiekiem, można podtrzymywać jego życie na siłę, ale tylko do czasu. Przedłużamy żywot świerka tylko po to, by zdążyć przebudować drzewostany.
Zdążymy?
Nie zdążymy. Nie będziemy mogli wprowadzić niektórych gatunków, które tam powinny już teraz być: jodły, bo wymaga ochrony przez minimum 25 lat, zanim sama zacznie funkcjonować. Buka na dużych otwartych powierzchniach też nie będziemy w stanie prowadzić. Najprawdopodobniej będą tu formacje przejściowe: las brzozowy.
Beskidy staną liściem?
Tak. Gdyby jednak prześledzić nazwy miejscowości z XV, XVI w., nie znajdziemy żadnego miejsca, które ma źródłosłów w świerku. Przede wszystkim mamy nazwy związane z jodłą i jaworem: Jaworzyna, Jedlice, Bukowiec, Jawornik. Wystarczy też sięgnąć do piosenek ludowych. Czyli buk, jodła, jawor był tam gatunkami przeważającymi. W Polsce nazw związanych z bukiem jest dużo, ze świerkiem – mało, jeśli w ogóle są. Bo na wysokości 1000 m osad ludzkich nie budowano.
Jak zareaguje na tą rewolucję zwierzyna?
Swoje siedliska traci jedynie głuszec. Jeleniowate mają coraz lepsze warunki. Ale pojawia się też zagrożenie dla naszej pracy. W lesie świerkowym baza żerowa była niewielka, pod spodem nie rosło prawie nic. To były zwarte drzewostany. Teraz otwierają się duże powierzchnie, więc będziemy mieli do czynienia z eksplozją populacji roślinożerców, które zagrożą temu, co sadzimy. Trzeba będzie redukować. Opracowujemy wspólne plany ze Słowakami.
Zaraziliśmy już Słowaków?
U nich już jest dużo gorzej. Słowackie lasy są dużo uboższe. Tam ten proces przebiega gwałtowniej, mimo że Habsburgowie sadzili po równo.
Procesu wyginięcia świerka nie zatrzymamy. Musi ustąpić, bo został sztucznie wprowadzony. Las będzie istniał bez strzelistych świerków. Zagrożone jest 35 tys. ha, a lasy całego Beskidu Śląskiego i Żywieckiego mają 130 tys. ha. Ale przyszłe pokolenie będzie się cieszyło w Beskidach widokami, jakie dzisiaj obserwujemy w lasach Ustronia, Bielska czy w dolinie Popradu.
Nowe lasy – głównie liściaste – rozkwitną gamą barw.