O konferencji klimatycznej ONZ w Kopenhadze, w grudniu br. mówi się w polskich mediach niewiele. Skupieni na Putinach na Westerplatte i fantomach tarcz antyrakietowych, dziennikarze traktują negocjacje w sprawie zmian klimatu jako kolejną nudną, skomplikowaną i abstrakcyjną grę dyplomatyczną. Tymczasem stoimy przed najtrudniejszym wyzwaniem politycznym w historii ludzkości. Rezultaty konferencji nie tylko będą miały fundamentalne znaczenie dla klimatu, ale też wyznaczą nowe ramy dla niskoemisyjnego rozwoju. Silny głos nauki, wskazujący na konieczność powstrzymania wzrostu temperatury na poziomie 2ºC (i na konieczność redukcji globalnych emisji nawet o 40% do roku 2020 w stosunku do roku 1990), wybrzmiewa w pragmatycznych ramach rzeczywistości ekonomicznej (kto za to zapłaci?) i politycznej. Inaczej więc postęp negocjacji oceniają naukowcy i organizacje pozarządowe (wskazując na inercję i brak ambicji), inaczej ekonomiści (upatrując w porozumieniu zagrożenia dla wzrostu gospodarczego lub też wręcz przeciwnie – poszukując nowych możliwości inwestycyjnych). Inaczej wreszcie patrzą na to negocjatorzy i politycy, okrągłymi słowami pokrywając fiasko kolejnych rozmów i uporczywie trzymając karty przy sobie w oczekiwaniu, co powiedzą inni. Cały ten sztafaż sprawia, że rytuał negocjacyjny toczy się powoli jak góra lodowa, oddalając nas od szansy na pełne, zawierające konkretne zobowiązania, porozumienie w Kopenhadze. Dlaczego potrzebujemy go w Kopenhadze? W roku 2012 wygasa Protokół z Kioto. Z uwagi na długotrwałe procesy ratyfikacji takich umów istnieje ryzyko powstania „redukcyjnej dziury”, kiedy to każdy będzie mógł emitować bez opamiętania. Tymczasem po latach bezproduktywnych dyskusji kredyt zaufania pomiędzy krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się został poważnie nadwerężony. Główni gracze procesu okopali się na swoich pozycjach i podejrzliwie łypią sponad swoich niezbyt zachęcających deklaracji. USA za sprawa Obamy z pompą powróciły co procesu. Co z tego, skoro sam Obama bez wsparcia Kongresu nie jest w stanie podjąć żadnych zobowiązań. A Kongres powoleńku i opornie pracuje nad odpowiednią wewnętrzną ustawą klimatyczną. Kanada i Australia nadal chowają się za plecami USA, obawiając się o konkurencyjność gospodarki, podejrzliwie popatrując na Chiny i licząc każdy grosik, który przekażą krajom rozwijającym się na adaptację do nieuniknionych zmian klimatu. Po drugiej stronie negocjacyjnej barykady mamy Chiny, które – mimo, że są największym emitentem gazów cieplarnianych na świecie – wzbraniają się przed podjęciem twardych zobowiązań redukcyjnych. Chiny przynajmniej deklarują pewne działania wewnętrzne, Indie natomiast stoją na nieprzejednanej pozycji, że hinduski naród ma prawo do nieskrępowanego rozwoju, a ciężar łagodzenia zmian klimatu powinien spocząć na barkach krajów uprzemysłowionych. Ciekawą pozycję zajmuje UE (a z nią Polska, bo Unia mówi w ramach procesu jednym głosem) – wychodzi przed szereg państw rozwiniętych, składając stosunkowo ambitne deklaracje (20–30% redukcji to wciąż za mało, ale znacznie więcej, niż rachityczne 4% dyskutowane w amerykańskim Kongresie!). Konferencja w Kopenhadze niewątpliwie będzie obfitować w silne emocje. Oby, mimo wszystko, pozytywne. Szanse na sukces porozumienia będziemy diagnozować w kolejnych artykułach.
Marta Śmigrowska, Polska Zielona Sieć, www.smigrowska.salon24.pl
Tak oto organizacje ekologiczne określiły wyniki spotkania w ramach negocjacji klimatycznych ONZ w Bangkoku, na przełomie września i października br.. Do konferencji w Kopenhadze, gdzie ma powstać ogólnoświatowe porozumienie na rzecz ochrony klimatu, zostało już tylko jedno spotkanie, w Barcelonie. Czy należy uderzać w żałobne tony?
Dobrze nie jest. Zamiast postępu – taniec na dwa pas: krok do przodu, krok do tyłu. Przyjrzyjmy się, jak wygląda postawa negocjacyjna poszczególnych graczy procesu.
Kraje rozwinięte
Naukowcy oczekują od krajów rozwiniętych redukcji emisji gazów cieplarnianych o 25–40% do roku 2020 w stosunku do roku 1990. Nawet górna cyfra tej skali daje nam zaledwie 50% szans na zatrzymanie wzrostu temperatury poniżej 2ºC. Owe 2 stopnie naukowcy uważają za próg graniczny, za którym zmiany klimatu przybiorą gwałtowny, wybitnie niebezpieczny obrót.
Jaką sumaryczną redukcję zaproponowali w Bangkoku negocjatorzy krajów rozwiniętych? Około 18%.
Pojawiły się wprawdzie jaskółki zmiany na lepsze – Norwegia zadeklarowała cel rzędu 40% a Japonia, po zmianie rządu, podniosła poziom ambicji z 8 do 25%. Pozostali negocjatorzy skąpią jednak zobowiązań, pogłębiając poziom nieufności ze strony krajów rozwijających się.
Unia pozostaje przy swoich 20% (uzgodnionych w ramach unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego), z możliwością zwiększenia poziomu ambicji do 30% (jeżeli powstanie ogólnoświatowe porozumienie). Cel ten wydawał się ambitny 2 lata temu, dziś już jest niewystarczający – tempo zmian klimatu jest szybsze, niż przewidywały modele klimatyczne. Sieć organizacji zajmujących się ochroną klimatu, Climate Action Network (CAN), apeluje o redukcję o co najmniej 40%, z czego co najmniej 30% powinno zostać zrealizowane w ramach Unii, a reszta – poprzez tańsze projekty w krajach rozwijających się (tzw. offset).
Wysłannicy Obamy nadal uprawiają dyplomatyczną ekwilibrystykę, wobec braku mandatu negocjacyjnego ze strony Kongresu (Obama nie chce powtórzyć błędu Clintona, który usiłował wprowadzić USA do negocjacji bez uzgodnienia tego z Kongresem – skończyło się to wewnętrzną awanturą i uniemożliwiło Clintonowi podpisanie protokołu z Kioto). Na Kapitolu pracuje się właśnie nad odpowiednią ustawą klimatyczną, jest to jednak żmudny i bolesny proces – ustawa napotyka silny opór republikańskich kongresmanów. Niestety, nawet jeżeli regulacje zostaną przyjęte jeszcze przed Kopenhagą, gwarantują redukcję nie większą, niż 8% (!). Od administracji Busha Obama przejął twarde stanowisko w sprawie zaangażowania krajów nowo uprzemysłowionych – Amerykanie obstają, że wysiłek krajów uprzemysłowionych bez pełnego zaangażowania Chin i Indii spełznie na niczym. Domagają się, by azjatyckie tygrysy podjęły międzynarodowo wiążące cele redukcyjne.
Za szerokimi plecami USA kryją się duże kraje uprzemysłowione, które liczą na przejażdżkę na gapę. Australia, zamiast inwestować w niskoemisyjne źródła, chce się wykpić tanimi kredytami z zapobiegania wylesieniom. Kanada razi niziutkim celem (- 3%) i podważa zasadność wiążących zobowiązań i mechanizmu kar za niewypełnienie celu redukcyjnego. Oznacza to ni mniej ni więcej, że chce osłabienia mechanizmu Kioto!
Kraje rozwijające się
Kraje rozwinięte nie udźwigną samotnie ciężaru ograniczenia emisji. Wg naukowców kraje rozwijające się powinny podjąć zobowiązania redukcyjne rzędu 15–30% w stosunku do scenariusza biernego („business as usual”). Zachętą ma być fundusz klimatyczny, zasilany przez kraje rozwinięte. Gwarantem, że pieniądze zostaną wydane prawidłowo, a nie znikną w kieszeniach lokalnych kacyków (co niestety zdarzało się w przypadku pomocy rozwojowej) mają być strategie niskoemisyjnego rozwoju, przygotowywane przez każdy kraj biorcę.
Kraje rozwijające się nie stanowią grupy jednorodnej: mamy tam kraje bardzo ubogie (określane jako LCD – Least Developed Countries) oraz bardzo bogate, takie jak Arabia Saudyjska i Kuwejt. Najważniejszy blok negocjacyjny to G77 + Chiny (grupa krajów rozwijających się pod przewodnictwem Państwa Środka). Moralnym liderem procesu negocjacyjnego jest AOSIS (Alliance of Small Island States) – grupa państewek na Pacyfiku (Malediwy, Mikronezja, Tuvalu) które tracą terytorium na rzecz podnoszącego się oceanu. AOSIS apeluje do krajów uprzemysłowionych o ograniczenie emisji aż o 45% do roku 2020.
Kraje nowo uprzemysłowione
Oddzielną, problematyczną grupę wśród krajów rozwijających się stanowią kraje nowo uprzemysłowione, istotnie przyczyniające się do wzrostu globalnych emisji. Na co można liczyć ze strony Chin i Indii? Nie zadeklarują twardych redukcji w ramach procesu ONZ, jeszcze nie w tym okresie zobowiązań. Chiny kontynuować będą krajową politykę pro-klimatyczną. Cele budzą szacunek: ograniczenie intensywności węglowej gospodarki o 20% do roku 2010, wzrost udziału odnawialnych źródeł energii o 15% do roku 2020, 100 tys. samochodów elektrycznych do roku 2010, standardy efektywności energetycznej AGD i budynków. Paradoksalnie, obserwując chiński model rozwoju można przypuszczać, że Państwo Środka z nawiązką zrealizuje konieczne cele redukcyjne, nawet bez międzynarodowych zobowiązań. Indie, jeszcze do niedawna buńczucznie odmawiające jakichkolwiek działań, w imię nieskrępowanego, zasłużonego rozwoju, obecnie łagodzą pozycję, otwierając się na możliwość podjęcia pewnych krajowych zobowiązań.
Negocjatorzy debatują nie tylko nad celami redukcyjnymi. Istotnym elementem negocjacji są fundusze na łagodzenie zmian klimatu i adaptację w krajach rozwijających się, transfer technologii oraz wylesienia, odpowiadające za niemalże 20% globalnych emisji.
Fundusz klimatyczny
Suma summarum, jak zwykle chodzi o pieniądze. M.in. o fundusz klimatyczny, umożliwiający krajom rozwijającym niskoemisyjny wzrost i adaptację do zmian klimatu. Wg wyliczeń Komisji Europejskiej kraje rozwinięte powinny wyłożyć w ramach funduszu ok. 110 mld euro rocznie. Jak twierdzą organizacje ekologiczne, Unii przepadłoby 35 mld euro. W tej chwili kraje rozwinięte trzymają karty przy sobie, a węża w kieszeni. Milczą w kwestii kwot. Unia, która buńczucznie mianowała się liderem procesu, chce zaoferować mizerne 2–15 mld euro rocznie do roku 2020. W Bangkoku milczała nawet o tym – wewnętrzne tarcia uniemożliwiają wyjście z propozycją. Za blokowanie wewnątrzunijnych uzgodnień w sprawie funduszu klimatycznego Polska dostała w Bangkoku nagrodę „Skamieliny dnia”, przyznawaną najbardziej opornym krajom przez CAN. A ściślej rzecz ujmując – za wypowiedź ministra finansów J. Rostowskiego, który stwierdził: „całkowicie nie do zaakceptowania jest, by biedne kraje europejskie musiały pomagać bogatym krajom europejskim w niesieniu pomocy krajom biednym w pozostałych częściach świata”.
Z drugiej strony ustalony na potrzeby protokołu z Kioto podział na kraje Aneksu I (rozwinięte, podejmujące wiążące zobowiązania) i kraje spoza Aneksu I (rozwijające się, odbiorcy wsparcia) jest krzywdzący. Arabia Saudyjska domaga się dostępu do funduszu klimatycznego, stawiając się w grupie krajów najbiedniejszych i najbardziej narażonych na zmiany klimatyczne, mimo, że PKB na głowę mieszkańca wynosi tam 24 000 USD, więcej niż PKB Polski (17 000 USD), czy Portugalii (22 000 USD). O Ukrainie nie wspominając…
Transfer technologii
Wielkie tarcie na linii transferu technologii z krajów rozwiniętych do rozwijających się ma naturalnie podłoże ekonomiczne. Chiny domagają się, by kraje uprzemysłowione przeznaczyły 1% PKB na ten cel (dodatkowe do pomocy zaoferowanej w ramach funduszu klimatycznego). Przedsiębiorcy krajów rozwiniętych domagają się zabezpieczenia przed kradzieżą własności intelektualnej (niestety, w przeszłości Chiny dopuszczały się takiego procederu). Transfer technologii, w połączeniu z faktem, że Chiny nie podejmą się wiążących redukcji obciążających gospodarkę, zwiększy konkurencyjność Państwa Środka. I to tak mocno niepokoi kraje uprzemysłowione.
Wylesienia
Dyskutuje się mechanizmy, które skłonią kraje o dużej powierzchni lasów tropikalnych (Brazylia, Kamerun, Indonezja) do zaprzestania wycinki. Do przyjęcia zrównoważonych technik gospodarowania tymi lasami, w zamian za tzw. kredyty leśne, będące rodzajem waluty emisyjnej. Niestety, są zakusy, by te tanie i nietrwałe walory (któż zadeklaruje, że dany las nie spłonie w pożarze, przez co przestanie pochłaniać CO2?) traktować na równi z innymi kredytami, uzyskanymi z inwestycji w krajach rozwijających, (np. w energetykę odnawialną). Zalew takich tanich, wątpliwej jakości kredytów może zniweczyć szanse na uzyskanie celu redukcyjnego. Jakikolwiek by on nie był.
Czego realistycznie możemy spodziewać się po spotkaniu w Kopenhadze? Ogólnego porozumienia, zawierającego mgliste deklaracje. W tej chwili dokumenty negocjacyjne mają kilkaset stron, nie wydaje się realne, by do grudnia wypracowano klarowny, syntetyczny tekst. Prawdziwy następca Kioto, z wiążącymi mechanizmami zobowiązań i kar, powstanie dopiero w przyszłym roku. To niepokojący prognostyk – nie jest pewne, czy przyszły rok przyniesie korzystny polityczny klimat, umożliwiający podpisanie zobowiązań na miarę konieczności.
Marta Śmigrowska, Polska Zielona Sieć, www.smigrowska.salon24.pl
W poprzednim artykule wyłuszczyliśmy, KTO dyskutuje o przyszłości klimatu. Niemniej istotne jest to, O CZYM się w tej niezwykle skomplikowanej negocjacyjnej grze rozprawia.
Cele redukcyjne Cele redukcyjne (zarówno globalne, jak i odrębne dla krajów rozwiniętych i rozwijających się) dyskutuje w dwóch horyzontach czasowych: do roku 2050 i 2020. Rok 2050 jest politycznie łatwy i bezpieczny – nie ma przecież wpływu na kolejne wybory. Dlatego usłyszeliśmy już konkretne i ambitne deklaracje zarówno ze strony UE (80–95% redukcji w krajach rozwiniętych w stosunku do roku 1990) jak i USA (80% redukcji). Znacznie trudniej o dobre cele w perspektywie 2020 r. Nawet deklaracja UE (30%, o ile zbliżone deklaracje złożą inne kraje rozwinięte) budzi sprzeciw państw członkowskich, m.in. Polski, która postrzega to jako zagrożenie dla gospodarki. Sumarycznie deklaracje krajów rozwiniętych w październiku szacowane były na 18%. Stoi to w smutnym kontraście do wyliczeń Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC), który nawołuje do redukcji rzędu 25–40%. Najnowsze badania wskazują, że tylko wyższa liczba w tej skali daje nam szansę na zatrzymanie wzrostu temperatury poniżej 2ºC. W krajach rozwijających się IPCC rekomenduje ograniczenie tempa wzrostu emisji rzędu 15–30% w stosunku do scenariusza „business as usual” (czyli scenariusza nieskrępowanego wzrostu emisji). To temat niezwykle drażliwy, jako że kraje rozwijające (szczególnie główni emitenci – Chiny i Indie) stanowczo odżegnują się od jakichkolwiek międzynarodowo wiążących zobowiązań. Chiny wskazują na swoje krajowe polityki, które pośrednio przyczyniają się do redukcji emisji, oświadczając, że jest to z ich strony wystarczający i wiarygodny wysiłek. W wiarygodność chińskich deklaracji silnie powątpiewają kraje rozwinięte, stąd intensywne dyskusje, jaki powinien wyglądać system międzynarodowej kontroli tychże działań.
Rok bazowy To rok, w stosunku do którego będziemy liczyć redukcje emisji. Powszechnie stosuje się rok 1990 (w ramach protokołu z Kioto stanowił on punkt odniesienia dla wszystkich krajów rozwiniętych, z wyjątkiem krajów w okresie transformacji, takich jak Polska, którym pozwolono wybrać dowolny rok bazowy – my wybraliśmy 1988). Teraz rok 1990 Polska kwestionuje, ramię w ramię ze Stanami Zjednoczonymi. My chcemy pozostać przy naszym 1988 (po tym roku dramatyczny upadek przemysłu poskutkował znakomitym wynikiem redukcyjnym i nadwyżkami uprawnień do emisji, które teraz sprzedajemy Japonii i Hiszpanii). Co ciekawe, chcemy zachować zarówno prawo do sprzedaży naszych jednostek redukcyjnych, jak i prawo do wygodnego dla nas roku bazowego 1988, pobierając niejako dwukrotnie nagrodę za naszą wysoką redukcję. USA chcą dla siebie roku bazowego 2005 – to bowiem rok najwyższych emisji w historii USA. W ten sposób Stany Zjednoczone chcą ukryć fakt, że emisje rosły nieskrępowane od 1990 aż do 2005 i wejść do porozumienia niejako z czystym kontem, co usprawiedliwi niski poziom ambicji. Taki, który zaakceptuje amerykański Kongres.
Fundusz klimatyczny To fundusze na adaptację do zmian klimatu oraz zmniejszenie tempa wzrostu emisji w krajach rozwijających się. Unia Europejska jako pierwsza spośród negocjatorów krajów rozwiniętych zaproponowała konkretną liczbę. Całkowite niezbędne inwestycje w krajach rozwijających się oszacowała na 100 mld EUR rocznie do roku 2020. Na pierwszy rzut oka liczba ta jest zgodna z postulatami organizacji zajmujących się ochroną klimatu – Climate Action Network (CAN) postuluje 110 mld EUR rocznie. Niestety, diabeł tkwi w szczegółach. Unia chce bowiem, by duża część tej kwoty została sfinansowana przez przedsiębiorstwa, w ramach globalnego rynku handlu uprawnieniami do emisji. Organizacje mówią natomiast o funduszach publicznych. Dlaczego? Istnieje zagrożenie, że mało ambitne cele redukcyjne (a takie mogą zostać zatwierdzone w ramach porozumienia) nie wymuszą na przedsiębiorcach zakupu wystarczającej ilości jednostek redukcji. Wówczas rynek nie zasili funduszu klimatycznego w wystarczającym zakresie. Kasa będzie świecić pustką. Kością niezgody pomiędzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się jest kwestia, kto ma się do funduszu dorzucić. Negocjatorzy krajów rozwiniętych twierdzą, że podział na kraje rozwinięte i rozwijające się, dokonany dawno temu, na potrzeby Protokołu z Kioto, jest już nieadekwatny. Zmieniła się rzeczywistość ekonomiczna, niechlubnym liderem emisji zostały Chiny. UE proponuje, by do funduszu dokładały się kraje rozwijające się o wysokich emisjach (takie jak Chiny) oraz kraje – do tej pory zwane rozwijającymi się – o wysokim PKB (takie jak Singapur, Korea Południowa, czy Arabia Saudyjska). Nietrudno zgadnąć, że te kraje nie chcą o tym słyszeć…
Zalesienia i użytkowanie terenu (LULUCF: Land Use, Land Use Change and Forestry) Niski poziom ambicji redukcyjnych, czy marniutkie finansowanie w ramach funduszu finansowego to nie jedyne miny, na których wykoleić się może porozumienie kopenhaskie. Niektóre kraje rozwinięte usiłują opłacić swój emisyjny rachunek marną walutą – wprowadzić na rynek uprawnień do emisji tanie jednostki z zalesiania w krajach rozwijających się. Tanie i niepewne – nie istnieją bowiem efektywne i wiarygodne zasady oszacowania, czy dwutlenek węgla zostanie pochwycony w sposób trwały. Lasy czasem płoną. Inna rzecz, że zalanie globalnego rynku CO2 powodzią tanich leśnych jednostek utrudni realizację uzgodnionych celów redukcyjnych. Po co bowiem finansować panele fotowoltaiczne w Ghanie lub biogazownie w Tajlandii, skoro można się taniutko wykupić leśną walutą z Brazylii?
Wylesienia (REDD: Reduced Emissions from Deforestation and Degradation) Wylesienia odpowiadają aż za 20% światowych emisji. Wg CAN do roku 2020 należy całkowicie zaprzestać wylesiania i degradacji lasów. Pamiętajmy jednak, że obecnie wycinka lasów (również ta łupieżcza) stanowi podstawowe źródło utrzymania dla wielu osób w krajach rozwijających się. Nowe porozumienie musi zmotywować kraje rozwijające się do redukcji emisji w tym obszarze, ale też zapewnić godziwe warunki bytowe tym, którzy z lasów żyją. Dyskutuje się mechanizmy finansowe, które skłonią Brazylię, Indonezję, Kongo czy Papuę i Nową Gwineę do zrównoważonego zarządzania lasami tropikalnymi.
Transfer technologii By ograniczyć emisje globalnie, zachodnie, drogie technologie powinny trafić do krajów rozwijających się. Problemem pozostaje kwestia ochrony własności intelektualnej. Zachodni przedsiębiorcy wskazują, że emisyjny kaganiec zostanie nałożony tylko na kraje rozwinięte, co i tak zaburzy konkurencyjność zachodnich przedsiębiorstw, szczególnie w handlowym wyścigu z Chinami. Transfer technologii, bez odpowiedniej ochrony patentowej w krajach rozwijających się, jedynie pogłębi problem. Kraje rozwijające się wskazują ze swej strony, że obecne restrykcyjne regulacje dotyczące własności intelektualnej de facto uniemożliwiają transfer technologii.
Kształt porozumienia Nową, nader niebezpieczną ideą jest odejście od architektury Kioto (czyli globalnego, międzynarodowo wiążącego porozumienia) na rzecz celów krajowych. Takie sugestie przedstawiły m.in. Stany Zjednoczone. Trudno wyobrazić sobie system kontroli, który zapewniłby, że te wewnętrznie zadeklarowane cele zostaną zrealizowane. Dlatego też niezbędne jest, by nowe porozumienie budowało na Kioto i by wzniosło się ponad poziom ambicji Kioto. Czy jest to osiągalne już w Kopenhadze? Wielce wątpliwe. Obecnie mówi się o formule „jedno porozumienie – dwa etapy”. Wg premiera Danii – gospodarza konferencji, w Kopenhadze powinno powstać polityczne porozumienie dotyczące niektórych elementów tematów negocjacyjnych – ograniczania emisji, adaptacji do zmian klimatu, transferu technologii oraz finansowania. Z konkretnymi celami redukcyjnymi w perspektywie roku 2020 trzeba będzie pewnie poczekać, aż amerykański Kongres zatwierdzi ustawę klimatyczną. Pełne, prawnie wiążące porozumienie mogłoby powstać w połowie roku (np. w trakcie Kopenhagi-bis) lub dopiero na Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej COP16 w Meksyku. Nie tego spodziewano się po COP 13 na Bali, gdzie powstał – fundamentalny w swym znaczeniu – plan negocjacyjny na kolejne dwa lata. Negocjacje miały się zakończyć w Kopenhadze. Nadzieja okazała się płonna. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że co nagle to po diable. W opóźnieniu upatrują szansy na lepsze, dojrzalsze porozumienie. Pełniej angażujące Stany Zjednoczone i Chiny. W przypadku tak skomplikowanej gry negocjacyjnej szacowanie, kiedy powstanie i jak będzie wyglądało porozumienie, jest jak wróżenie z fusów. Jego ostateczny kształt i tak wykuwa się ostatniego dnia obrad, po kilku wielce dramaturgicznych godzinach, gdzieś około 3 nad ranem…
Marta Śmigrowska, Polska Zielona Sieć, www.smigrowska.salon24.pl
Kopenhaga (czy też Hopenhaga, jak głosiło marketingowe hasło podchwycone na bilbordach przez postępowe przedsiębiorstwa) rzeczywiście na początku pulsowała nadzieją. Naukowcy i i organizacje społeczne oczekiwały wiążącego prawnie porozumienia, zawierającego elementy niezbędne do powstrzymania wzrostu temperatury poniżej 2 stopni C w stosunku do ery przedprzemysłowej. To przede wszystkim konkretne cele redukcji emisji gazów cieplarnianych w krajach rozwiniętych (25–40% do roku 2020 w stosunku do roku 1990) i w krajach rozwijających się (15–30% w stosunku do scenariusza nieskrępowanego wzrostu emisji). To również solidne i dobrze zdefiniowane finansowanie ochrony klimatu w krajach rozwijających się i mechanizmy powstrzymania wylesień.
Czy to dużo? W kategoriach naukowych – zaledwie wystarczająco. Za to wiele w kategoriach tradycyjnie rozumianego realizmu politycznego. Jak się okazało, zbyt wiele.
Od początku negocjacje toczyły się powoli, jak góra lodowa. Kilka szkiców porozumienia kopenhaskiego przygotowanych przez poszczególne państwa (lub grupy państw) konkurowało o uwagę negocjatorów, siejąc zamęt w kuluarach. Wszyscy trzymali karty przy sobie, oczekując, że to inni zrobią pierwszy krok. Negocjatorzy mniejszych krajów rozwijających się z narastającą goryczą wypominali krajom rozwiniętym nieprzejrzystość, skarżąc się, że odmówiono im wglądu w treść tych propozycji.
Emocje narastały. Zawieszano sesje, były łzy i mocne słowa. Stadko negocjatorów jak kania dżdżu wyczekiwało ostatnich dni negocjacji, kiedy w Kopenhadze miało się pojawić 119 przywódców i przełamać impas. Wiele oczekiwano po przyjeździe Obamy, który niektórym jawił się niemalże jak klimatyczny Mesjasz, który jednym mocnym przemówieniem wyprostuje zawiłe negocjacyjne ścieżki.
Eddie Jones z Wyoming zmyłby Obamie głowę.
Tak się naturalnie nie stało. Obama na plenum rozczarował, nie podbijając stawki, nie oferując celu redukcyjnego na miarę rekomendacji naukowych. Blokowany przez Senat, skupiony na ratowaniu pikujących wskaźników poparcia w Stanach, nie zamierzał wychylać się z ambitną propozycją. Eddie Jones z Wyoming zmyłby mu za to głowę.
Ostatni wieczór negocjacji pokazał, jak rzeczywiście wygląda rozkład światowych sił i ile warte są procedury przejrzystości i równości deklarowane przez ONZ. Szkic porozumienia wypracowano w niewielkich grupkach, za zamkniętymi drzwiami, w gronie największych potęg. Ostateczna propozycja jest dziełem USA, Chin, Brazylii, Indii i RPA.
Tym samym Obama, Chińczycy i spółka zignorowali dwuletni proces negocjacyjny, całe to kosztowne, czasochłonne, wyczerpujące przedsięwzięcie negocjacyjne, respektujące – przynajmniej w teorii – głos małych i słabych.
Emocje sięgnęły zenitu, kiedy tekst trafił na plenum. Przygotowany za zamkniętymi drzwiami, o poziomie ambicji pełzającym gdzieś w okolicy koturnów Sarkozego, spotkał się z gwałtowną krytyką krajów rozwijających się. Szef grupy G77, gromadzącej kraje rozwijające się, Sudańczyk Lumumba Di-Aping, nie zawahał się porównać wyniku negocjacji do klimatycznego Holokaustu, a porozumienia – do samobójczego paktu dla Afryki. Przedstawiciel Tuvalu (tonącej wysepki pacyficznej) oświadczył, że zaoferowano im właśnie 30 srebrników za zdradzenie własnych dzieci. Poruszone nieprzejrzystym procesem decyzyjnym Boliwia, Nikaragua, Sudan i Wenezuela stanowczo odmówiły podpisania porozumienia.
Skutek? Z uwagi na niemożność uzyskania konsensusu Porozumienie Kopenhaskie (Copenhagen Accord) nie zostało przyjęte jako formalna decyzja w ramach procesu ONZ. W żadnym razie nie jest nowym traktatem. Kraje jedynie „zauważyły”, „przyjęły do wiadomości” (ang. „noted”) istnienie tego dokumentu. Teraz dobrowolnie mogą przystąpić do porozumienia. Większość tak uczyni, część krajów nawet wyraża gotowość nadania porozumieniu prawnie wiążącej formy. Wymienione powyżej kraje południowoamerykańskie, Sudan i Arabia Saudyjska być może zdystansują się do porozumienia.
Co właściwie zawiera Porozumienie Kopenhaskie?
To polityczna ugoda, nie wiążąca prawnie i nie zawierająca żadnych mechanizmów egzekwowania złożonych deklaracji.
W zakresie redukcji emisji gazów cieplarnianych porozumienie nie zawiera tego, co najważniejsze: cyfr – drogowskazów, czyli zbiorczych celów redukcji do roku 2020 i 2050 dla krajów rozwiniętych i, oddzielnie, rozwijających się. Kraje rozwinięte do końca stycznia 2010 mają zadeklarować liczbowe cele redukcyjne do roku 2020, wybierając wygodny dla siebie rok odniesienia. Kraje rozwijające się mogą zadeklarować działania, które podejmą na rzecz redukcji emisji gazów cieplarnianych. Nietrudno zgadnąć, że taka swobodna formuła nie zdyscyplinuje poszczególnych krajów, które pewnie zadeklarują najmniej, jak się da.
Dobrze chociaż, że już teraz mamy obietnice redukcyjne ze strony największych emitentów. USA zadeklarowały redukcje emisji o 17% do roku 2020 w stosunku do roku 2005, a Chiny – ograniczenie intensywności węglowej gospodarki o 40–45% do roku 2020. Skromne, bo skromne, owe deklaracje mogą stanowić początek pełnego zaangażowania w ochronę klimatu.
Byle nie było za późno. Już teraz wiadomo, że deklaracje poszczególnych krajów nie pozwolą nam powstrzymać wzrostu temperatury poniżej 2 stopni C. Dlatego w Porozumieniu zawarto mechanizm weryfikacji celów redukcyjnych w roku 2015.
Z drugiej strony Porozumienie Kopenhaskie można potraktować jako drzwi do kolejnych rund negocjacji. Potwierdzono w nim konieczność dalszych prac nad rewizją Protokołu z Kioto, co daje szansę na wzmocnienie celów redukcyjnych państw-sygnatariuszy Protokołu. Potwierdzono konieczność dalszych prac w ramach ścieżki równoległej (tzw. “ścieżki Konwencji”), w której uczestniczą Stany Zjednoczone. Niestety nie ma tu wzmianki o tym, by uczynić to porozumienie prawnie wiążącym (czyli możliwym do wyegzekwowania), co sprawia, że Stany Zjednoczone nadal pozostają poza międzynarodowym nadzorem.
W zakresie finansowania zapisano 30 mld USD na lata 2010–2012, umożliwiające szybki rozruch ochrony klimatu w krajach rozwijających się. Do tej pory Japonia zadeklarowała 11 mld, Unia Europejska – 10,6 mld, a Stany Zjednoczone – 3,6 mld USD. W zakresie finansowania długoterminowego zapisano ogólną kwotę – 100 mld USD rocznie do roku 2020, ale bez wyszczególnienia, ile do tego klimatycznego koszyka dorzucą poszczególne kraje.
Interesująco ewoluował język dotyczący monitoringu zobowiązań. Mantrą monitoringu była do tej pory zasada MRV – redukcje powinny być „możliwe do zmierzenia, zraportowania i zweryfikowania”. Negocjatorzy chińscy orzekli jednak, że międzynarodowy monitoring ich wewnętrznych działań będzie naruszeniem chińskiej suwerenności i godzi w interes narodowy. Obama, w ostatnim dniu, ugiął się pod chińską argumentacją. Teraz kraje rozwijające się będą miały obowiązek międzynarodowego raportowania działań na rzecz redukcji co dwa lata, nie muszą jednak dopuszczać zewnętrznych ewaluatorów. Sposób ewaluacji będzie jedynie podlegał „międzynarodowej konsultacji i analizie”. Jedynie te działania, które będą korzystać z międzynarodowego wsparcia finansowego, będą podlegać silnej kontroli, zgodnie z zasadą MRV.
Co dalej?
Wersja Porozumienia z sobotniego poranka zawierała jeszcze deklarację podpisania właściwego traktatu klimatycznego w trakcie COP16 w Meksyku. W ostatecznej wersji ten zapis zniknął. To niepokojący prognostyk. Siedząc na klimatycznym Titanicu, negocjatorzy uporczywie realizują stare wzorce negocjacyjne. Tymczasem mamy do czynienia z zagrożeniem bezprecedensowym. Współodpowiedzialni, współzależni, powinniśmy umieć wykroczyć poza zwykłą ramę negocjacyjną i poza narodowe egoizmy. A zwyciężył tradycyjnie rozumiany realizm polityczny.
Tyle, że teraz ten polityczny realizm oznacza realne niebezpieczeństwo. Marne papierzysko, jakim de facto jest Porozumienie Kopenhaskie, ma naturalnie swoje dobre strony. Uratowało twarze przywódców, którzy w negocjacje klimatyczne zainwestowali swój polityczny kapitał. Tyle, że teraz zostanie wypełnione deklaracjami redukcyjnymi, które, wg Climate Scoreboard, prowadzą nas do wzrostu temperatury rzędu niemalże 4 stopni C. Znacznie powyżej progu uważanego przez naukowców za bezpieczny.
Marta Śmigrowska, Polska Zielona Sieć, www.smigrowska.salon24.pl